Stoicie w deszczu, twoja twarz w jego rękach, to mnie prześladuje.
Lubię milczeć. Patrzeć na jego twarz, gdy się zastanawia.
Prawo, nadzieja, tesknota, cisza, spojrzenie, przypadek. Nic.
Nie kochasz. Nie kocham. Uczucie, ułuda, rozmowa, strach.
Klęczę, moje ręce wyciagaja sie w stronę spadającej godności. Źrenice, rozszerzone z przerażena, goraczkowo szukają tej bezkształtnej, ciemnej szmaty.
Szmaty. Szmaty, którą sama niedbałym ruchem rzucam w ten dół. Moje palce rozluźniają się, puszczając brudny, wilgotny materiał.
A potem, w ostatnim, desperackim odruchu, klęczę i posyłam krople z oczu w ślad za tym skrawkiem materiału.
A on odchodzi, śmiejąc się jak zawsze. Zostawia mnie tu, klęczącą.
Wcale nie madrzejszą.
Znów nie mam co na siebie założyć.
środa, 17 grudnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
I widzisz co mi zrobiłaś? Teraz mi jest przeokropnie smutno...
Prześlij komentarz